Błogosławiony
Edmund Bojanowski, fragmenty Dziennika z lat 1853-1871...



o moich pra-pradziadkach Franciszku i Zofii z Zamoyskich Żółtowskich



Czwartek, 7 kwietnia 1853 r.


Dziś wiatr osuszył cokolwiek drogi — poszedłem do kościoła. Mówiłem z ks. Marcinem o dziewczynie z Sikorzyna, obiecał mi wyrozumieć ją i dać mi odpowiedź w niedzielę, czy by zechciała pójść na Ochronę.

Po południu zrobiłem spis rzeczy do tegorocznego „Pokłosia" i napisałem list do Kamieńskiego względem spiesznego wydrukowania tego spisu i przygotowania okładek.

Przerzuciłem kilka zaległych, dziś dopiero z poczty odebranych, gazet. Smutne dwie wyczytałem wiadomości: o śmierci Żółtowskiej z domu Zamoyskiej, którą wielce poważałem i która liczne dała dowody swej szczególnej dla naszego Domu Miłosierdzia przychylności. Umarła w drugie święto Wielkanocne, 28 marca. Pozostawiła w smutku okoliczne ubóstwo, któremu jako pobożna chrześcijanka wiele dobrego świadczyła. Ostatnią było jej wolą, aby w Witkowie założonym został dom dla biednych chorych, a kościołowi tamże sprawione zostały przedmioty kosztowne, które skradziono w roku zeszłym.

Druga wiadomość smutna o śmierci ks. Jana Dąbrowskiego, biskupa helenopolitańskiego, sufragana poznańskiego, którego Bóg do wieczności powołał dnia 4 kwietnia, w poniedziałek, w święto Zwiastowania Najświętszej Panny, w roku życia 62. Zacny ten kapłan przyczynił się stanowczo do sprowadzenia Sióstr Miłosierdzia do Gostynia. (...)

 

Czwartek, 10 listopada 1853 r.

[...] Zostawszy przez południe, wypiłem w Instytucie kawę i zjadłem kilka kartofli z naszej roli, z masłem od naszych krów i gryskę z kawałkiem sera naszego. Dlatego obiad ten lepiej mi smakował, niż gdyby z najwykwintniejszych składał się był potraw.
Dziś z Godurowa przywieziono 5 korcy żyta, 2 korce jęczmienia, l korzec grochu i 7 miechów kartofli.


Godurowo, należące do Franciszka Żółtowskiego
Około 2giej nadszedł ks. Bielawski dla towarzyszenia pogrzebkowi Andzi na cmentarz. Piękny to był orszaczek, jak wszystkie naszych dzieci pogrzeby. Kiedyśmy z Instytutu z ciałem wychodzili, nadjechał właśnie Muszyński z furą Idziego, wioząc kilkoro futer (=futryn, odrzwi) i drzwi szelowanych. Musiałem się więc zatrzymać i rozporządzić przybicie drzwi. Chłopak kowala nadszedł także z szyną do drzwi obory.
Dobiegłem jeszcze nasz orszaczek pogrzebowy u bramy cmentarza. Mimowolnie łzy mi się z ócz puściły, przypominając sobie podobne odprowadzenie do grobu Józinki. Niemniej rozrzewnił mię widok Frani, stojącej nad grobem otwartym swojej siostrzyczki. O jakże to ciężka dola takiej sierotki — nie mieć nikogo, co by równie szczery udział brał w jej żałości.

Z cmentarza wróciłem do domu już około czwartej, przejrzałem „Gazetę” i „Dziennik Literacki” N° 44, odebrane dziś z poczty, i wieczorem niniejsze zapiski skreśliłem.
 

 

Poniedziałek, 15 maja 1854 r.

[...] Nad wieczorem przybył ks. proboszcz Grzeszkiewicz, później na herbatę Franciszek Żółtowski z p. Daruchowskim. Mówiliśmy z p. Daruchowskim dużo o jedwabnictwie i z jego pobytu w naszych stronach będę korzystał przy rozpoczęciu pielęgnowania jedwabników w Instytucie. Mówiliśmy także o szkółkach elementarnych, mianowicie o niedostatecznie udzielanej w nich nauce religii. Przy tej okoliczności powiadał mi Żółtowski uderzający fakt, jak niekiedy i we Francji napotkać można pomiędzy mniej oświeconą klassą zupełną nieświadomość religijną. Pani Działyńska 1), po wyjeździe Władysławowstwa Zamoyskich 2) do Turcji, wzięła i przywiozła do Księstwa dziecko z ich mamką francuską. W czasie jakoś wielkopostnym czytano przy tej mamce historię Męki Pańskiej. Zrazu słuchała ciekawie, aż po kilkunastu dniach powiada: „Doczytajcie już raz do końca, bo jestem bardzo ciekawa, co się z Nim zrobiło, czy Go zamordowali, czy też się z rąk tych okrutnych prześladowców uwolnił". Zaiste, podobnej nieświadomości jużby u nas znaleźć nie można!

 

Przypisy

1) Gryzelda Celestyna z Zamoyskich Działyńska (1804 - 1883), działaczka religijna i społeczna, żona Tytusa Adama. Założyła w Poznaniu Towarzystwo Dobroczynności, przekształcone w 1853 r. w Towarzystwo Pań Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo. Wspomagała finansowo różne klasztory (w tym szarytki w Gostyniu). Opiekowała się inwalidami i weteranami powstań, w 1848 r. kierowała akcją pomocy dla rannych, w 1863 r. stanęła na czele Komitetu Niewiast Wielkopolskich. Udzielała pomocy jeńcom austriackim (1866) i francuskim (1870 - 1871), opiekowała się ofiarami pożaru i epidemii cholery.

2) Władysław Zamoyski (1803 - 1868), generał. Po upadku powstania listopadowego na emigracji, gdzie był najbliższym współpracownikiem A. J. Czartoryskiego, a później kierował polityką zagraniczną Hotelu Lambert. Jego wyjazd do Turcji miał związek z organizowaniem dywizji polskiej na żołdzie angielskim. Żonaty z Jadwigą z Działyńskich (1831 - 1923), swą siostrzenicą.

 

Sobota, 9 czerwca 1855 r.

Pogoda prześliczna i gorąco. Wstałem o pół drugiej po północy. Odprowadziłem Bolesia na pocztę leszczyńską do Gostynia o pół czwartej. Stamtąd pojechałem do Godurowa, podług wczorajszej umowy, i przybywszy tam przed piątą zastałem już Żółtowskiego przy kawie. Wyjechałem z nim do Śremu po szóstej. Po drodze wstąpiliśmy do Brzeźnicy. W przejeździe pomiędzy Godurowem a Dolskiem miałem przypadkowe ukontentowanie zobaczyć w trzech miejscach ruiny karczem ze starości zawalonych: dwie w Brzeźnicy i na Ziomku, a trzecią nową, rozebraną, pod Ostrowieczkiem. Oby takich ruin więcej napotykać można, lepiej by się miała moralność naszego ludu!

Przyjechawszy do Śremu o pół do dziesiątej, zsiadłem do klasztorku o.o. Jezuitów na Lubomirze. Zastałem jeszcze na mszy kilka w kapliczce, bo dla obecnej bytności prowincjała zjechało się 12u jezuitów. Po wysłuchaniu Mszy św. zaprowadził mię o. superior do o. prowincjała ze Lwowa, ojca Józefa Brown. Jest to człowiek średniego wieku, niski, garbaty, bystrego oka, czarnych włosów, twarzy pociągłej i ogorzałej. Przyjął mię nader uprzejmie, a gdy nadszedł za chwilę o. Baczyński, zaczęli mówić ze mną o służebniczkach ochronkowych. O. prowincjał wynurzył mi swą myśl zaprowadzenia ich we wschodniej Galicji we wioskach nie tylko polskich, ale i rusińskich. Z opowiadań jego widzę tameczne stosunki miejscowe korzystniejszemi niżeli tutejsze do zaprowadzenia podobnej instytucji. Wsie są rzadkie, ale większe jak u nas, nie rozbudowane po polach, lecz skupione. Szkółek wiejskich mało albo wcale nie ma. Dzieci do paszenia mało potrzebują, bo po większej części wyręczają się pasterzami gromadnymi. Przeczytał regułkę rzymską i nasze notatki, przy czem wiele praktycznych rad i postrzeżeń udzielił. Obiecał mi szczerze zająć się tą rzeczą wraz z arcybiskupem lwowskim. Ofiarowałem mu egzemplarz „Pokłosia" w upominku.

Tymczasem nadszedł Żółtowski z miasta. Był z nami na obiedzie. Przy stole siedziało 12 jezuitów i 4 braci!

Po obiedzie bawiliśmy wszyscy w małym śliwkowym sadku na murawie w pobliżu klasztorku, gdzie leżąc sobie na trawie w chłodzie, mieliśmy przed oczyma śliczny widok Śremu i snującą się Wartę ze szkutami.

[...] Przed wieczorem wyjechał o. Baczyński do Kopaszewa i Turwi na jutrzejszą niedzielę. Prosiłem go [o] spowiednictwo stałe dla ochroniarek tamtejszych, co mi z wszelką gotowością obiecał. Jutro pewnie pierwszy raz wysłucha je spowiedzi. Przyjąłem od niego dzisiaj szkaplerz Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Panny i prosiłem o udzielenie takowego ochroniarkom w Kopaszewie i Turwi, a potem i w Podrzeczu. Wieczorem chodziłem jeszcze długo z ojcem prowincjałem po nowo założonych nad rzeką tarassach klasztornych.

[...] Po wieczerzy w klasztorze i długich jeszcze przechadzkach po ogrodzie odprowadził mię Wojciech na pocztę przed 10tą wieczorem. O 10tej nadeszła poczta. Przyjechały z Poznania siostra assystentka, siostra Seweryna Morawska i siostra Ludwika Mycielska. Jadąc z nimi do Gostynia, rozmawiałem ciągle z siostrą Seweryną o ochronce, a mianowicie opowiedziała mi o zwiedzanych teraz przez siebie ochronkach we Francji, skąd dziś właśnie w południe do Poznania wróciła i zaraz do Gostynia się wybrała. Urządzenia francuskich ochron zdają mi się zbyt naszrubowane i wcale do naszego kraju niestosowne. Przyjechaliśmy do Gostynia po pierwszej z północy. Siostry wysiadły prosto do Instytutu, ja na pocztę, gdzie w pasażerskim pokoju do rana drzemiąc przesiedziałem. Około 4tej nadeszła ogromna burza z deszczem i piorunami, potem przyjazdy i odjazdy poczt borkowskiej i leszczyńskiej nie dozwalały mi spokojnie zasnąć. Po 7mej dopiero przyszły konie po mnie. [...]

 

Wtorek, 15 lutego 1859 r.

[...] Mówiliśmy także o wezwaniu służebniczek przez ks. Koszutskiego 1) do Mielżyna. Żółtowski bardzo radzi, żeby tę propozycją przyjąć. Chciałby on później i w swoich dobrach zakładać ochronki. Mówiąc z nim o obecnym braku funduszów na nowicjat, zaproponowałem mu, aby ode mnie nabył pozostałą mi jeszcze tacę srebrną po Wincentym Niemojowskim 2), ponieważ postanowiwszy spieniężyć ją na ten cel, rad bym, aby ta pamiątka w dobre dostała się ręce. Jest to taca do wina, przy której nieraz się odbywały narady patriotów kaliskich. Waży ona łutów 45 1/2, 3) łut zaś licząc po 3 złp. 15 grp. uczyni 26 tal. 16 srg. 3 f. Żółtowski przystawszy chętnie na to, wypłacił mi dziś 16 srg. 3 f., a 26 talarów mam z Godurowa odebrać. Przypadkowe przybycie kochanego Franciszka szczęśliwie mi rzecz tę ułatwiło.

Przypisy

1) Ks. Hilary Koszutski (ur. 1822) był od 1849 r. proboszczem w Mielżynie; bliski współpracownik Bojanowskiego i współwydawca „Roku Wiejskiego".

2) Wincenty Niemojowski (1784 -1834), za czasów Księstwa Warszawskiego we władzach administracyjnych departamentu kaliskiego, w okresie 1815 -1830 stał na czele opozycji, w powstaniu listopadowym członek Rządu Narodowego. Mąż siostry matki Bojanowskiego. Jego brat, Bonawentura (1787 -1835), również czołowy działacz opozycji, a w latach 1830 - 1831 prezes Rządu Narodowego.

3) Łut — 12, 8 g. Taca ważyła więc 582,4 g.


Środa, 4 maja 1859 r.

[...] Po południu odebrawszy doniesienie, że Fr[anciszek] Żółtowski będzie dziś w Strzelczu, poszedłem znowu, aby się z nim widzieć. Mówił mi, żebym przygotował trzy siostry do ochronki w Niechanowie, gdzie bardzo porządny i wygodny dom, w którym skasował karczmę, chce na ochronkę przeznaczyć. Dałby Bóg, żeby i inni za tym przykładem idąc znosili karczmy, a w ich miejscu ochronki wznosili!


Wtorek, 3 stycznia 1860 r.

[...] Po mszy ks. Brzezińskiego obejrzeliśmy lokal na Ochronkę i wypiwszy kawę, pojechaliśmy z Żółtowskim wygodnie karetą do Gniezna. W seminarium odwiedziłem ks. regensa Dulińskiego, zwiedziłem mieszkanie ks. Jana, szkołę i kaplicę. Na obiedzie byliśmy z o. Kajsiewiczem u ks. prokuratora Lniskiego. Potem byłem w katedrze z ks. Brzezińskim, a następnie złączywszy się z o. Kajsiewiczem i Żółtowskim poszliśmy do Ochronki. Bardzo podobna do mielżyńskiej, tylko nieco obszerniejsza. [...] Wróciwszy do Seminarium, poszliśmy do kaplicy, gdzie wszyscy, czterdziestu kilku kleryków, raczyli nam zaśpiewać pieśń Bogarodzicy. Zostaliśmy jeszcze na kolacji i do późnego wieczoru u ks. Lniskiego. Wróciłem z Żółtowskim do Niechanowa. [...]

 


Niechanowo
 

Czwartek, 5 stycznia 1860 r.

[...] Po 9tej rano pojechałem z Niechanowa do Gniezna. Byłem w katedrze na wotywie, w kaplicy Najświętszego Sakramentu. Msza z assystą i wystawieniem. Odprawia się co tydzień we czwartek, z processją po kościele, za kraj. Fundacja piękna, króla Jana Kazimierza. Po wotywie zwiedziłem jeszcze katedrę z ks. Koźmianem. Oglądałem grób Dąbrówki przed wielkim ołtarzem, grób Krasickiego w kaplicy Potockich itd. itd. Zostałem potem na mszy śpiewanej u grobu św. Wojciecha, u którego serdecznie się pomodliłem. [...]
 


Bł. Edmund Bojanowski, „Dziennik 1853-1871”, Warszawa, wyd. ATK 1988 r.

 

 
  Wspomnienia rodzinne  WB01512_.gif (115 bytes)  Strona główna