Dniepr widziany z Ławry Pieczerskiej w Kijowie



Adam Pług
(Antoni Pietkiewicz, 1823-1903)


Józef Ignacy Kraszewski na Ukrainie
w latach czterdziestych XIX w.

Fragment rozdziału "Życiorys" z księgi jubileuszowej dla uczczenia pięćdziesięcioletniej działalności literackiej J. I. Kraszewskiego,
Warszawa 1880 r.


Zachowano oryginalną, dziewiętnastowieczną pisownię Autora.

Kijów podówczas słynął swojemi kontraktami, na które się zjeżdżało najprzedniejsze obywatelstwo z całej Ukrainy, Wołynia i Podola, a po części i z Litwy, nie tylko dla załatwienia interesów ziemiańskich, nabycia albo zbycia majątku, dla sprzedaży produktów, ulokowania kapitałów lub też zaciągnięcia pożyczki, nie tylko dla zaopatrzenia się na cały rok w wiktuały i wszelką prowizyą spiżarnianą, jako też w rozmaite przedmioty elegancyi i zbytku, w pyszne futra, jedwabie i axamity, w marmury, srebra i kryształy, co wszystko zwozili tu kupcy przedniejsi z Warszawy, z Wilna, z Petersburga, z Moskwy i z za granicy; ale nie mniej, a może jeszcze bardziej, dla wesołego przepędzenia czasu, dla świetnych uczt i balów, a często gęsto i dla bachanalii bałagulskiéj, gdzie się wino lało strumieniem, i na stoły zielone sypały się tysiące peców, z któremi nieraz jedna karta zabijała całą fortunę, a czasami i dobrą sławę.

Obok tego wszelakoż wielu tu pociągały i wznioślejsze, szlachetniejsze upodobania; na sali bowiem kontraktowej można się było spotkać niekiedy, i z obrazem wcale udatnym, i z rzeźbą niepoślednią, i z antykiem osobliwszym w magazynie Schafnagla; księgarnie Glücksberga i Zawadzkiego rozwijały tu całe swoje zasoby, popisując się najświeższemi płodami; a nieraz nawet pierwszorzędni artyści, jak np. Lipiński, Dreischok, Liszt, Apolinary i Antoni Kątscy, występowali tutaj z koncertami. Zjeżdżali się na kontrakty i literaci, wszyscy prawie przedstawiciele życia umysłowego w trzech guberniach a współpracownicy "Tygodnika Petersburskiego" i "Athenaeum", z których grona ksiądz Hołowiński stale podówczas przemieszkiwał w Kijowie, a z prowincyi przybywali Hr. Alexander Przezdziecki, Hr. Henryk Rzewuski, Michał Grabowski, Alexander Groza, Michał Jezierski, Konstanty Podwysocki, Hr. Gustaw Olizar, Karol Drzewiecki, wreszcie miłośnicy i zbieracze starych ksiąg, manuskryptów, rycin i obrazów: Konstanty Świdziński i German Hołowiński, krewny żony Podwysockiego. (Pomimo woli przychodzi nam uwaga, że wszystko to byli bracia-szlachta, obywatele ziemscy, ba i wielcy nawet panowie! Niechże to posłuży za rehabilitacyą tej kasty w oczach tych, co w niej chcą upatrywać samych tylko próżniaków i półgłówków, a nawet prawa bytu jej odmawiają).
Dom Kontraktów

Tu odbywały się wszelkie imprezy związane z kontraktami. Z przewodnika wydanego w 1917 roku: '...piętrowy, biały budynek z portykiem na fasadzie – to Dom Kontraktowy – jedna ze znakomitości Kijowa, związana z rozwojem handlu. Dom ten zbudowano wg projektu Gesta i Mieleńskiego. Projekt nie był doprowadzony do końca (zbudowano jedynie jedno skrzydło, bez części środkowej), skutkiem czego bydynek jest nieco ciężkawy...'
Naturalnie, że Kraszewskiego na kontrakty kijowskie sprowadziły przeważnie pobudki literackie, a mianowicie chęć poznania swoich współtowarzyszy i korespondentów; jednak nie samo tylko obcowanie z literatami sprawiło na nim bardzo miłe i długo niezatarte wrażenie, ale nie mniej też i wieczory towarzyskie, w kółkach ściślejszych, gdzie urocze, serdeczne i intelligentne ukrainki (1), lepiéj pono, niżeli ich mężowie i bracia, poznać, ocenić i uczcić go umiały. Nie mamy na podorędziu materyałów, z którychbyśmy mogli zaczerpnąć szczegółowych wskazówek o zjeździe literackim ówczesnym i wszystkich jego uczestnikach, i musimy poprzestać na przytoczeniu tylko tego, co sam Kraszewski w listach swych do rodziców, oraz do Dycalpa, o tém napisał.

"Kijów wydał mi się, mimo zimy, prześlicznym (do Dycalpa), a tak oryginalnym, tak dziwnym! Wystaw sobie trzy miasta oddzielne, z ogromnych gmachów złożone, najeżone złocistemi kopułami cerkwi niezliczonych, rozrzucone wpośród drzew, po wysokich górach, u brzegu Dniepru. A co za widoki! Z galeryi cerkwi św. Andrzeja odkrywa ci się Padół, u nóg twych Dniepr, za nim step siniejący w oddaleniu, góry Carskiego sadu... nie do opisania. Z mieszkania znowu mojego na Starym Kijowie, przy kościele katolickim, widać całe Peczerskie i część Kreszczatki. Kiedy drzewa jeszcze ubrały się w swoje brylantowe zimowe sukienki ze szronu, nic równego wyobrazić nie możesz. Jest to miasto w ogrodzie prześlicznym. Nie potrzebuję ci pisać, że w czasie kontraktów życia było wiele, ludu bożego mnóztwo. Nie myśl jednak, aby ludzie, i choroba nawet, do tego stopnia mnie opanowała, żebym wyjechał z Kijowa, nie zwiedziwszy jego starożytności i osobliwości. Co mogłem, obejrzałem: Pieczary, Ławrę, Sobór Michajłowski, Sofijski itd.... (szczegóły i uwagi o tém pomijamy). Naszych panów literatów było dość wielu. Hr. Rzewuski przybył na końcu. Usposobieni jesteśmy z nim jeśli nie serdecznie, co nie możliwa, to przynajmniej na oko dobrze. Czytał nam część swojéj powieści "Listopad." Jest to Soplica na większą skalę, ale wiele gawędy, a dramatyczności wcale brak, co czyni rzecz trochę wodnistą. Ma jednak to poprawić. Grabowski urywek ze swéj powieści "Tajkury;" będzie to rodzona siostra "Stanicy," i kto wie, czy nie więcej jeszcze interesująca. Obrazy niektóre (mało czytał) wyborne. Nakoniec twój najniższy sługa czytał "Mindowsa," a przyjęto go dobrze, aż nadto dobrze, zwłaszcza, że czytałem go całego, a kilka tysięcy wierszy do wysłuchania, to kara Boża (2). Tak na lekturach, gawędkach, sprzeczkach, obiadach, śniadaniach, przeszły nam kontrakty, jak z bicza trzasł."

Dalsze szczegóły czerpiemy z listu Kraszewskiego do rodziców:

"Na opisanie pobytu mego w Kijowie, znajomości, jakie tutaj pozabierałem, i.t.d. listu za mało; może da Bóg, że to kiedyś ustnie obszernie opowiem, teraz tyle tylko doniosę, że wszędzie, od wszystkich doznałem najlepszego, lepszego niżelim zasłużył, przyjęcia. Wszyscy chcieli poznać się ze mną, obiady po obiadach, wieczory po wieczorach, toasty po toastach. Czytałem przy kilku, potém, z powodu większych żądań, przy kilkunastu osobach mego "Mindowsa," i wszystkim się podobał. Teraz poprawiam go do druku. Stałem tu u księdzu Hołowińskiego, prawdziwego przyjaciela, który się dzielił ze mną, czém miał, końmi, stancyą, wszystkiém. Byli tu miedzy innymi Grabowski, Gustaw Olizar i Rzewuski. Z Rzewuskim, który ma do mnie urazę, byliśmy zimno, ale dobrze; hr. Olizar najmilszy człowiek w świecie. U obydwóch ostatnich, wracając z Kijowa, byłem w Żytomierzu, gdzie mieszkają, u pierwszego na wieczorze, u drugiego na obiedzie. Papy notatkę o "Mieszaninach" kommunikowałem w części Bejle, ale na nią milczał; powiastkę tylko o Wołodkowiczu chciwie pochwycił, i pewnie z niéj skorzysta (3).(...) Co się tycze naszych zajść z "Biblioteką Warszawską," te już podobno skończone. Widziałem w Kijowie jednego z panów, który umyślnie z tém przyjechał, aby prosić o zgodę i mir, na co przystałem, bom nie rozpoczynał kłótni i zwad i pierwszy jestem do podania ręki, nie pamiętając na urazy osobiste. Nie wiem, czy tak nizko jestem, czy tak wysoko, ale dość, iż języki tych panów nie dosięgły mnie i nieobrażony pozostałem, :i oni sami sobie zaszkodzili." "W Kijowie poznałem nmóztwo poczciwych ukraińców, którzy mnie serdecznie w odwiedziny do siebie zapraszali; poznałem nawet sąsiadów Buzówki, dawnéj naszéj wioski, która dziś, jak mi powiadali, ma 700 dusz i należy do p. Sawickiego jakiegoś. Poznałem niemłodego już p. Marka Sarneckiego, który mi powiadał, że był w Buzówce, kiedy mój dziad na śmiertelnem łożu już leżał. Muszę tam być tego roku koniecznie."

Do tych ukraińców poczciwych, z którymi się Kraszewski poznał w Kijowie, należał i Konstanty Podwysocki, a znajomość ta, dobrze już przygotowana przez korrespondencyą, od razu się stała szczerą i stateczną przyjaźnią; jakkolwiek bowiem p. Konstanty w literaturze bardzo skromne miejsce zajmował, bo nie miał wybitnego talentu, a zwłaszcza leniwym był do pióra, ale odznaczał się sercem najlepszém, charakterem szlachetnym, umysłem pięknie ukształconym humorem i dowcipem niezrównanym, co wszystko czyniło go najpoczciwszym i najmilszym koleżką. Nie dziw więc, że Kraszewskiemu tak od razu przypadł do duszy, iż przyrzekł mu, że go latem odwiedzi na Ukrainie, aby czas dłuższy w jego domu pogościć i razem z nim odbyć kilka miłych wycieczek po tym kraju uroczym, który pociągał go ku sobie wspomnieniem chwil, błogo spędzonych w towarzystwie ukraińskim podczas kontraktów. A lubo nie mógł przyrzeczenia tego dotrzymać, to nie omieszkał wszakże z pierwszej sposobności skorzystać, aby sobie i jemu wynagrodzić ten zawód: w roku 1847, gdy Podwysocki razem z Germanem Hołowińskim przeniósł się na Podole i czas jakiś przesiadywał w Kamieńcu, od którego o dziewięć mil, w Zawalijkach, mieszkał p. Bratkowski, szwagier pani Kraszewskiej, to p. Józef, przybywszy tam z żoną w gościnę, na drugi dzień, rozstawionemi końmi, do Staréj Petrydawy pośpieszył.

"Leciałem na złamanie karku - pisał do pana Konstantego za powrotem na Wołyń,- ale jakżem się zmartwił, kiedy od faktora domu, w którym stoicie, dowiedziałem się, że p. Podwysocki i p. Hołowiński wyjechali do Sawiniec! Bawiłem w Kamieńcu spełna 24 godziny, byłem świadkiem pożaru w rynku, i wyjechałem smutny, spoglądając poza siebie na płonące jeszcze miasto i dymiące żgliszcza. A! nie uwierzysz, jak mi się podobał ten cudny, czarodziejskopiękny, w tyle żywych pamiątek strojny Kamieniec! Pomimo słoty, wiatru, zimna, błota (było to w Październiku), latałem jak szalony i zachwycałem się. O! co za miasto dla poety, dla malarza! Co za śliczna ruina! Nie będę ci pisał o Kamieńcu , bo go lepiéj odemnie znasz, dość powiedzieć, żem zakochany w nim."

Powodem, że Kraszewski nie mógł ani latem 1842 na Ukrainę, ani w 1849 na kontrakty do Kijowa pojechać, były po części straty i kłopoty w gospodarstwie, po części pogorszony stan jego zdrowia, dla którego, kiedy nie zdołał za granicę dostać pasportu, zdecydował się wreszcie, do Odessy, do kąpieli morskich się udać, w towarzystwie pani Urbanowskiej, która co lato wycieczkę tę była zwykła odbywać. Wrażenia z tej podróży opisał i ogłosił r. 1845-6, w 3-ch tomach, podtytułem "Wspomnienia Odessy, Jedyssanu i Budżaku," dawszy wprzód poznać z nich wyjątki w "Bibliotece Warszawskiej" i w "Przeglądzie Naukowym," nadto zaś odbił je po mistrzowsku w krajobrazach, służących w części za tło do powieści historycznéj "Zygmuntowskie czasy." Wyjechał z Gródka d. 22 czerwca, powrócił 11 września 1843 r. Kto inny na właściwem miejscu zda sprawę z przebiegu téj wycieczki; my zaś poprzestaniemy na przytoczeniu głównych tylko zarysów, które napotykamy w liście Kraszewskiego do babki:

"Odbyłem maleńką przejażdżkę, bo tego podróżą nazwać nie można, do Odessy i daléj w stepy Bessarabskie, po nad Dniestr, do Akermanu, Benderu i Kiszyniewa. Miła mi się została pamiątka w notatkach i rysunkach, zebranych na tej przejażdżce. Kraj ten, a nadewszystko widok zachwycający morza, był dla mnie zupełna nowością. Do tego brzegi morza Czarnego, w tych miejscach, gdzie step, jak koło Odessy, jest zamieszkany i zasadzony drzewami, cudnie piękne. Po nad morzem zwieszają się urwiska wzgórz i skał kształtów najdziwaczniejszych; sam widok stepu, choć smutny, bo w wielu jego częściach ani drzewka niéma, (tylko to, co sadzone i mozolnie utrzymane), ale nowy i w swoim rodzaju wspaniały. Czasem dokoła na ogromną przestrzeń nic nie widać na płaszczyźnie, prócz kilku daleko rozsypanych starych mogił. Brzegi Dniestrowe za to, z oryginalna zupełnie i nieznaną nam wegetacyą, całe poubierane w skompije, które wyglądają jak drzewa z piór, albo z puchu, w laski drobne, w góry i garby różne, prześliczne. Dinestr płynie doliną głęboką, środkiem łąk, lasów i zarośli trzcinowych, kręcąc się na wszystkie strony. U ujścia do morza w Akermanie rozlewa się w ogromny Liman, czyli jezioro, szerokie i długie na wiorst, kilkanaście. Tu dwa brzegi Dniestrowe łączy chodzący między niemi parowy statek. Akerman, starożytny zamek, nad limanem, ogromny, a tak cały, mimo swą starość, że jednego mu kamienia . nie braknie. Leży na skale i literalnie kąpie się w limanie. Tu, dla nas nowe, ogromne winnice, które, rozrzucone po całym tym kawałka kraju, zupełnie podobne do naszych pól, kartoflami zasianych."

"Odessa, ogromne, nad samém morzem zbudowane miasto, ma wszystko, co za granicą mają: teatr włoski, francuzki, niemiecki, asfaltowe i trotuary, oświetlenie gazem, i.t.d. Jeden tylko kościół katolicki, mały, choć katolików mnóztwo; magazyny, składy przepyszne, ale nadewszystko piękny port i bardzo mądrze urządzona kwarantanna, która jest prawie drugiém miastem w mieście. Tego roku zjazd do kąpieli był niezmierny; najwięcej z naszych prowincyi, do 300 rodzin; ale chłód i deszcze kąpać się nie dawały. Ja jednak, uparłszy się, wziąłem pięćdziesiąt kilka kąpieli, które, jak dotąd, posłużyły mi trochę. Trudno się nie zahartować, kapiąc się dwa razy na dzień w takiéj zimnéj i tak bałwanami bijącéj wodzie".

Zarys ten uzupełnić jeszcze musimy kilku szczegółami z listu do Podwysockicgo:

"Powiadasz, że mnie w Odessie na ręku nosili, jeżeli nosili, to tak lekko, żem tego nie czuł; a może jestem trochę rozpieszczoném dzieckiém... Morze, bozkie morze zachwyciło mnie! O! ty nie wiész pewnie, co to widok morza, co to za cudowny widok! Jam je śpiéwał, rysował, malował, opisywał, J dotąd z zapału ochłonąć po niém nie mogę. Odessa wyborna, ale, gdyby nie przyjezdni, nudna i strasznie droga. Miejscowi byli dla mnie grzeczni, aż do gubernatora, wszyscy nadzwyczaj grzeczni. Literatura właściwa nie ma tu zwolenników; sztuki, wyjąwszy muzykę, w zaniedbaniu, a muzykę tylko jednę, to jest włoską, pojmują i cenią; teatr at sobie. Co się tyczę snycerstwa mizerye; co się tyczę malarstwa - nic, albo gorzéj niż nic, bo co tu malują, tego opowiedziéć niepodobna i uwierzyć trudno. Jakiś włoch, p. Vitale, namalował do kościoła katolickiego Zdjęcie z Krzyża, które jak sobie przypomnę, to mnie dreszcz przechodzi".

Nie na saméj wszakże kuracyi Kraszewski czas przepędzał w Odessie; zamierzywszy podróż swoje opisać, gromadził do niéj materyały na miejscu, ku czemu wielce mu pomocném było Odesskie Towarzystwo historyi i starożytności, głównie zaś professor Skalkowski, autor "Nowej Siczy" i Murzakiewicz, sekretarz pomienionego Towarzystwa, które zamianowało Kraszewskiego w tymże roku członkiem swym honorowym. Tutaj téż nasz podróżnik spotkał się po raz pierwszy z wielce wziętym i powszechnie szanowanym w Odessie doktorem Karolem Kaczkowskim, w którego domu nie jednę miłą chwilę przepędził.





Przypisy

1). Tak nazywa Autor mieszkających na Ukrainie, jednym z regionów dawnej Rzeczpospolitej, Polaków (Przyp. KB)

2). Złośliwi opowiadali onego czasu, jakoby przy czytaniu tém Rzewuski drzemał; nie ręczymy za autentyczność tej anekdoty, mamy jednak prawo przypuszczać, że autor "Mieszanin" mógł rzeczywiście ruszyć takim konceptem, tak samo, jak to później, według podania Henryka Cieszkowskiego, uczynił był na posiedzeniu Biblioteki Warszawskiej, na które raz przybywszy, "rozłożył się wygodnie na kanapie, udał uśpionego i w głos śród czytania chrapać zaczął. Szczególną było chęcią jego drażnić to, co na ogólne zasługiwało uznanie." (Przyp. AP)

3). Powiastka o Wołodkowiczu, którego żywot awanturniczy i zgon tragiczny dali poznać: Rzewuski w "Pamiętnikach Soplicy" i Chodźko w "Pamiętnikach Kwestarza", była taka, jak ją nam powtórzył p.Kajetan Kraszewski z tradycyi ojcowskiej. Słynny ten awanturnik, rozstrzelany jak wiadomo za napad zbrojną ręką na trybunał Miński, za porąbanie krucyfiksu i zranienie sędziego, miał jakoby niegdyś w tymże Mińsku podczas kazania sprowadzić pod same drzwi kościoła cyganów z niedźwiedziem i kazał im przy odgłosie bębenka i piszczałki zwyczajne sztuki pokazywać. Naturalnie, że na głos tej dzikiej kapeli, na wykrzykiwanie niedźwiedników i ryk niedźwiedzia, tłumnie się ludzie wysypali z kościoła, jedni zaciekawieni, drudzy oburzeni tą awanturą; a kaznodzieja, widząc dom Boży prawie pusty, zstąpił z ambony i poszedł za innymi, aby opamiętać niebacznych, a surowo skarcić zuchwałych gwałcicieli świątyni Pańskiej. Kiedy stanął na ganku i ujrzał Wołodkowicza, zanoszącego się od śmiechu, z wielkiej uciechy, że się mu tak dobrze z figlem powiodło, gromiąc go, rzucił słowo prorocze, że przyjdzie czas, w którym on sam własną osobą jeszcze ciekawsze widowisko wyprawi, niż "obecnie z niedźwiedziem, i tumult jeszcze większy wywoła". (Przyp. AP).


Co się stało na Ukrainie w XX wieku?    Strona główna